wtorek, 20 września 2011

Anna Skuratowicz - Top 10 Miss Polski 1991

"Byłam tzw. metalówą"

Anna Skuratowicz jest klasycznym przykładem na to, że nie trzeba się „urodzić Miss”, od dziecka przygotowywać, by odnieść sukces w konkursie piękności.

W 1991 r. miałam 18 lat, uczyłam się w liceum, byłam tzw. "metalówą", ubierałam się na czarno i beztrosko spędzałam czas ze znajomymi na koncertach i imprezach. Nie pasowałam do takiego wymuskanego świata miss. Ale moja mama... No właśnie, moja mama była kiedyś modelką i cały czas mnie namawiała do wzięcia udziału w konkursie piękności. Wymigiwałam się, jak mogłam. A to biuro organizatora było zamknięte, albo zabrakło kwestionariuszy itd., ale mamusia postawiła na swoim. Niech jej będzie, stwierdziłam w końcu. Poszłyśmy na zakupy po pierwsze w moim życiu szpilki, z którymi później na tyle się oswoiłam, że na ogólnopolskich półfinałach wykonałam w nich nawet artystyczny obrót i się nie przewróciłam. No i tak to się zaczęło.

Dlaczego wystartowałam w Miss Polski, a nie w Miss Polonia? Bo w Kielcach, moim rodzinnym mieście, akurat ten konkurs był organizowany. Nie miałam żadnej motywacji do startu, po prostu następna fajna impreza. Zresztą jej uczestniczki też były fajne. Kiedy okazało się, że nagrodą główną ma być Mercedes, to zgodnie wszystkie podzieliłyśmy go między siebie. Mnie w udziale przypadł silnik. Z Mercedesa nic nie wyszło, bo jak wieść niosła, sponsora wsadzili za kratki, a samochód okazał się być kradziony.

Była to chyba impreza rzeczywiście udana zważywszy, że Anna zdobyła koronę Miss Ziemi Świętokrzyskiej.

Potem był ogólnopolski ćwierćfinał i półfinał, na których ja oraz inne regionalne miss musiałyśmy być po to tylko, aby się pokazać, bo automatycznie wchodziłyśmy do finału. Na tych etapach rywalizowały ze sobą regionalne wicemiss. Zgrupowanie przed finałem miałyśmy w Wieżycy i było naprawdę świetnie, choć bardzo męcząco. Poza posiłkami i 2-godzinną przerwą po obiedzie, do późnej nocy trwały próby. Może to wyświechtane powiedzenie, ale rzeczywiście podczas takiego konkursu i przygotowań do niego można nabyć pewności siebie i poczucia swojej wartości i przede wszystkim nauczyć się, jak ładnie się poruszać i poznać trochę swoje ciało, co w moim przypadku okazało się krokiem milowym w dalszym życiu.

  

Nie wiem, jak jest teraz i mam nadzieję, że inaczej, ale „za moich czasów” konkursowi towarzyszyły mniejsze, czy większe sensacyjki i skandale. Dotyczyło to głównie tzw. sponsorów, którzy niekiedy pozwalali sobie na zbyt wiele, licząc na "wdzięczność" finalistek. Która na to poszła, jej sprawa. Mnie też proponowano sponsoring w zamian za..., a skończyło się na zwyzywaniu delikwenta i ucieczce. Łagodny charakter był mi obcy. Nie zmienia to jednak faktu, że całość przygotowań wspominam wspaniale i znajomość z dwiema koleżankami z konkursu utrzymywałam jeszcze przez jakiś czas, z Sabiną Plamitzer i z Anią Zastawną z Reszla, z którymi mieszkałam w pokoju. Świetne dziewczyny.  

Uff...w takiej to „skandalicznej” i sympatycznej atmosferze Anna dobrnęła do finału...

Koncert galowy wspominam... jako brak fryzjerek i brak czasu. Biorąc pod uwagę fakt, że sama teraz zajmuję się organizacją dużych pokazów mody, to mam na to inne, bardziej techniczne spojrzenie. Sam choreograf stwierdził, że mnie nie wypuści na scenę podczas gali, bo cały czas się myliłam w czasie prób. Za to na finale tylko ja jedyna nie popełniłam błędu (prawie, ale nie z mojej winy) i byłam dla niego największą niespodzianką i metamorfozą zgrupowania, która z "metalówy" stała się księżniczką. Koncert finałowy potraktowałam profesjonalnie. Była po prostu praca do wykonania i ją wykonałam. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie „wywinęła”. Mało brakowało, a byłby to orzeł. Obcas wszedł w zakładkę trenu sukni i tak utknęłam na środku sceny, a choreografia „szła sobie” dalej. Dziewczyny za kulisami powiedziały, że po takiej wpadce nie wyszłyby już więcej na scenę, ale ja stwierdziłam: "kochane, grunt to na siebie zwrócić uwagę". Chyba się powiodło, bo zwróciłam i awansowałam do Top 10 finalistek.

Anna znalazła się w Top 10, a Miss Polski została niezapomniana Agnieszka Kotlarska.

Werdykt główny jury był jak najbardziej słuszny. Agnieszka była moją faworytką od samego początku i szczerze mówiąc, to było wiadome już na ćwierćfinałach, że tylko ona i nikt inny może te zawody wygrać. Z pozostałą częścią werdyktu nie do końca się zgadzałam. I bynajmniej nie chodzi tu o mnie i moją lokatę (i tak mnie zdziwiło to miejsce w pierwszej „10”. Z moim podejściem do tego konkursu?). Myślę, że Agnieszka miała wszystkie cechy idealnej Miss Piękności. Była naprawdę piękna, miała ujmujący charakter, bardzo delikatna i jakaś taka trochę nieobecna. Szkoda, że... była.

Od tamtych wydarzeń upłynęło już 20 lat.

No właśnie, a ja mogłabym powiedzieć: "20 lat minęło, jak jeden dzień". Nadal mieszkam w Kielcach. Mam męża, dwoje świetnych dzieciaków: 13 letnią Olę i 9 letniego Piotra, które z własnej nieprzymuszonej woli, czasem pracują jako mali modele. To już trzecie pokolenie modeli w naszej rodzinie :) Mnie wciągnął szeroko rozumiany show biznes. Organizuję imprezy, duże pokazy mody, jestem choreografem, czasem ich reżyserem. Uczę przyszłe modelki, jak mają się poruszać. Przez cały czas sama także pracuję jako modelka (jeszcze mnie chcą :) ). I pomyśleć, że to wszystko przez mamę, która się uparła...

Ech te mamy. Skąd one wiedzą, co jest najlepsze dla ich dzieci ? I że nawet z „metalówy” w skórze i ćwiekach wyrośnie piękna księżniczka w szpilkach...

wywiad autoryzowany
wywiad na prośbę Globmiss przeprowadziła Katarzyna Żebrowska
zdjęcia: prywatne archiwum Anny Skuratowicz
napis 'globmiss' na zdjęciach nie oznacza nabytych do nich praw, a jedynie miejsce ich publikacji